Stanfordzki eksperyment więzienny przez wiele lat przedstawiano mi jako dowód na to, że niemal każdy zwyczajny człowiek może szybko zmienić się w oprawcę, jeśli otrzyma władzę nad innymi. Ta opowieść jest prosta, dramatyczna i niepokojąca. Właśnie dlatego tak łatwo ją zapamiętać. Im więcej jednak czytałam o wydarzeniach z 1971 roku, tym więcej pojawiało się pytań. Czy uczestnicy naprawdę spontanicznie weszli w swoje role? Czy badacze jedynie obserwowali ich zachowanie? I czy słynne doświadczenie rzeczywiście udowodniło to, co przez dziesięciolecia przypisywano Zimbardowi?
Dlaczego ten eksperyment wciąż budzi emocje?
Stanfordzki eksperyment więzienny ma wszystkie cechy historii, która łatwo przechodzi z podręczników do kultury popularnej. Jest zamknięta przestrzeń, wyraźny podział na strażników i więźniów, stopniowa utrata kontroli, cierpienie uczestników oraz badacz, który sam zostaje wciągnięty w stworzoną przez siebie sytuację.
Przesłanie również wydaje się wyjątkowo mocne: wystarczy przydzielić zwykłym ludziom odpowiednie role, aby jedni zaczęli nadużywać władzy, a drudzy podporządkowali się opresji. Nie trzeba szukać sadystów ani ludzi o szczególnych cechach osobowości. Zło ma powstawać z sytuacji.
Sama długo przyjmowałam tę interpretację niemal bez zastrzeżeń. Wydawała się logiczna, a obrazy z prowizorycznego więzienia nadawały jej siłę. Strażnicy w ciemnych okularach, więźniowie ubrani w jednakowe stroje, numery zamiast nazwisk i opowieści o załamaniach emocjonalnych tworzyły przekonujący obraz.
Dopiero później zauważyłam, że im bardziej dramatyczna jest historia naukowa, tym ostrożniej należy pytać o sposób jej powstania. Mocna opowieść nie zawsze oznacza równie mocny dowód.
Jak wyglądał stanfordzki eksperyment więzienny?
Badanie rozpoczęło się w sierpniu 1971 roku na Uniwersytecie Stanforda. Na ogłoszenie dotyczące udziału w psychologicznym badaniu życia więziennego odpowiedziało ponad 70 młodych mężczyzn. Po przeprowadzeniu rozmów i testów wybrano 24 uczestników, których następnie losowo przydzielono do ról strażników i więźniów.
W piwnicy budynku wydziału psychologii przygotowano prowizoryczne więzienie. Pomieszczenia zamieniono w cele, wyznaczono miejsce dla strażników i utworzono stanowisko kierownictwa. Badanie miało trwać dwa tygodnie, ale zostało zakończone już po sześciu dniach.
Uczestnicy przydzieleni do roli więźniów mieli przebywać w symulowanym zakładzie przez całą dobę. Strażnicy pracowali zmianowo. Otrzymali jednakowe stroje, pałki i okulary przeciwsłoneczne utrudniające kontakt wzrokowy. Więźniowie zostali ubrani w proste stroje i oznaczeni numerami.
Już sama organizacja sytuacji miała znaczenie. Jedna grupa otrzymała kontrolę nad przestrzenią, porządkiem dnia i zachowaniem pozostałych uczestników. Druga została pozbawiona prywatności, swobody przemieszczania się i zwyczajnych oznak indywidualności.
Według rozpowszechnionej opowieści role bardzo szybko zaczęły wpływać na zachowanie studentów. Część strażników miała stosować upokarzające polecenia, nocne pobudki, wielokrotne liczenie więźniów oraz kary psychologiczne. U niektórych więźniów pojawiły się silne reakcje emocjonalne.
Co Philip Zimbardo chciał sprawdzić?
Zimbardo i jego współpracownicy chcieli badać psychologiczne następstwa przyjęcia roli więźnia lub strażnika w instytucji przypominającej więzienie. Interesowało ich to, jak określone środowisko, relacje władzy, społeczne oczekiwania i narzucone role mogą wpływać na zachowanie człowieka.
Eksperyment wpisywał się w szerszy nurt psychologii społecznej, który podkreślał znaczenie sytuacji. Zamiast wyjaśniać okrucieństwo wyłącznie złym charakterem konkretnych osób, badacze zwracali uwagę na instytucje, normy, autorytet i możliwość działania bez kontroli.
To ważna perspektywa. Łatwo uznać, że przemocy dopuszczają się wyłącznie ludzie zasadniczo różniący się od nas. Znacznie trudniej przyjąć, że zachowanie może zależeć również od otoczenia, obowiązujących zasad, zachęt przełożonych i reakcji grupy.
Problem polega na tym, że z ogólnej, rozsądnej myśli wyprowadzono bardzo mocny wniosek. Stanfordzki eksperyment więzienny zaczął być przedstawiany jako dowód, że niemal każdy zwyczajny człowiek automatycznie stanie się okrutny, gdy otrzyma rolę strażnika i odpowiednią władzę.
Dzisiaj nie uważam, aby dostępne materiały pozwalały na tak szerokie uogólnienie. Badanie pokazuje, że sytuacja może oddziaływać na zachowanie. Nie rozstrzyga jednak, że działa zawsze, na każdego i w ten sam sposób.
Dlaczego eksperyment przerwano po sześciu dniach?
Eksperyment zaplanowany na dwa tygodnie zakończył się po sześciu dniach. Według klasycznej relacji powodem było pogarszanie się stanu części więźniów oraz coraz bardziej upokarzające zachowanie niektórych strażników.
Uczestnicy przydzieleni do roli więźniów reagowali stresem, płaczem, gniewem i poczuciem bezradności. Niektórzy zostali zwolnieni wcześniej ze względu na silne reakcje emocjonalne. Stanford podkreśla również, że Zimbardo pełnił jednocześnie funkcję kierownika badania i "superintendenta więzienia", przez co przestał pozostawać wyłącznie neutralnym obserwatorem.
Dużą rolę w zakończeniu badania przypisuje się Christinie Maslach, psycholożce, która odwiedziła symulowane więzienie i zdecydowanie zakwestionowała sposób traktowania uczestników. Jej reakcja miała pomóc Zimbardowi spojrzeć na sytuację ponownie jak badacz, a nie osoba zarządzająca więzieniem.
W tej części historii najbardziej uderza mnie to, jak łatwo normalizacja zmienia ocenę sytuacji. Zachowania, które dla osoby z zewnątrz wyglądały niedopuszczalnie, dla osób przebywających w eksperymencie przez kilka dni stały się elementem funkcjonowania stworzonej instytucji.
Jednocześnie nie traktuję samego przerwania badania jako dowodu, że jego pierwotna interpretacja była poprawna. Eksperyment mógł być szkodliwy i źle zarządzany, a mimo to nie udowadniać automatycznego przeobrażenia zwykłych ludzi w sadystów.
Czy strażnicy sami stali się okrutni?
To jedno z najważniejszych pytań. Przez lata historia była często opowiadana tak, jakby strażnicy otrzymali jedynie mundury, a następnie spontanicznie odkryli w sobie okrucieństwo. Późniejsza analiza materiałów archiwalnych znacznie komplikuje ten obraz.
Thibault Le Texier, który przeanalizował dokumenty, nagrania i relacje uczestników, wskazał, że strażnicy otrzymywali instrukcje dotyczące sposobu wywoływania u więźniów poczucia bezsilności. Część z nich mogła ponadto rozumieć, jakiego rodzaju rezultat chcieli uzyskać organizatorzy.
To zasadniczo zmienia interpretację. Jeśli uczestnicy odczytali oczekiwania badaczy i próbowali zrealizować powierzoną im rolę, ich zachowanie nie było wyłącznie spontaniczną reakcją na posiadanie władzy. Mogło być również odpowiedzią na scenariusz, atmosferę i sygnały przekazywane przez organizatorów.
W psychologii mówi się o wymaganiach sytuacji eksperymentalnej. Uczestnik próbuje odgadnąć, czego oczekuje badacz, a następnie świadomie lub nieświadomie dostosowuje swoje zachowanie. Im wyraźniejsze są wskazówki dotyczące celu badania, tym trudniej ustalić, czy obserwujemy naturalną reakcję, czy odegraną odpowiedź.
Nie oznacza to, że wszystkie zachowania były całkowicie udawane. Nawet człowiek rozpoczynający od odgrywania roli może stopniowo przesuwać własne granice. Nie da się jednak uczciwie twierdzić, że sam mundur i władza wystarczyły do wywołania całego obserwowanego zachowania.
Zimbardo przestał być neutralnym obserwatorem
Największym błędem Zimbarda wydaje mi się połączenie roli badacza z rolą zwierzchnika symulowanego więzienia. Jako naukowiec powinien obserwować, kontrolować warunki, chronić uczestników i być gotowy do przerwania procedury. Jako superintendent zaczął natomiast dbać o funkcjonowanie stworzonej instytucji.
Te dwie role pozostawały ze sobą w oczywistym konflikcie. Jeżeli więzień próbował odejść, badacz powinien widzieć uczestnika korzystającego z prawa do rezygnacji. Kierownik więzienia mógł widzieć osadzonego próbującego wydostać się z zakładu.
Sam Zimbardo później przyznawał, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Stanford również wskazuje, że przyjęcie przez niego aktywnej funkcji w więzieniu podważyło jego neutralność.
Dla mnie to nie jest poboczna wada badania. To jeden z kluczowych elementów całej historii. Osoba posiadająca największy autorytet nie tylko obserwowała powstającą strukturę, lecz sama stanowiła jej część.
Można więc zapytać, czy zachowanie uczestników wynikało z samej roli strażnika, czy również z tego, że system był zatwierdzany przez profesora i jego współpracowników. Władza strażników nie istniała w próżni. Została im nadana, określona i podtrzymywana przez organizatorów.
Nie wszyscy strażnicy zachowywali się tak samo
Prosta opowieść o eksperymencie sugeruje, że wszyscy strażnicy niemal natychmiast przyjęli tę samą brutalną postawę. Relacje z badania pokazują jednak większe zróżnicowanie.
Niektórzy uczestnicy zachowywali się agresywnie i chętnie rozwijali swoją rolę. Inni pozostawali bardziej powściągliwi, wykonywali podstawowe obowiązki albo nie akceptowali najbardziej upokarzających działań. Już sam ten fakt osłabia twierdzenie, że sytuacja działała na wszystkich w identyczny sposób.
Gdyby rola automatycznie zmieniała człowieka w oprawcę, różnice między strażnikami powinny być niewielkie. Tymczasem ich zachowania wskazują, że znaczenie mogły mieć również indywidualne decyzje, sposób rozumienia zadania, identyfikacja z grupą i gotowość do przyjęcia oczekiwań badaczy.
To dla mnie jedna z najważniejszych lekcji. Sytuacja ma znaczenie, ale nie odbiera człowiekowi całej sprawczości. Ludzie znajdujący się w tych samych warunkach mogą reagować inaczej. Jedni podporządkowują się normie, inni ją wzmacniają, a jeszcze inni stawiają opór.
W uproszczonej historii SPE najwięcej miejsca zajmują najbardziej brutalni strażnicy. To zrozumiałe, bo ich zachowanie jest najbardziej widowiskowe. Z naukowego punktu widzenia równie istotne powinno być jednak pytanie, dlaczego pozostali nie zachowywali się tak samo.
Czy to był prawdziwy eksperyment naukowy?
Stanfordzki eksperyment więzienny miał elementy badania eksperymentalnego. Uczestnicy zostali wybrani po badaniach przesiewowych, a role rozdzielono losowo. Sam losowy przydział nie wystarcza jednak, aby doświadczenie dostarczało mocnych i jednoznacznych wniosków.
Brakowało przede wszystkim dobrze określonych warunków porównawczych. Nie było drugiego więzienia, w którym role i zasady wyglądałyby inaczej. Trudno więc ustalić, który dokładnie element sytuacji odpowiadał za obserwowane reakcje.
Nie zachowano również odpowiedniego dystansu między badaczami a uczestnikami. Organizatorzy wpływali na przebieg wydarzeń, nadzorowali strażników, reagowali na zachowanie więźniów i sami zaczęli działać w ramach stworzonej instytucji.
Kolejnym problemem była mała liczba uczestników oraz brak możliwości wyciągania daleko idących wniosków o całej populacji. Kilkunastu młodych mężczyzn w bardzo specyficznej sytuacji nie może reprezentować wszystkich ludzi, kultur, instytucji i relacji władzy.
Z tego powodu słowo "demonstracja" wydaje mi się czasami trafniejsze niż "eksperyment". SPE pokazał pewien niepokojący proces w starannie przygotowanej i silnie kierowanej sytuacji. Nie zmierzył go jednak w sposób pozwalający stwierdzić, że podobny rezultat wystąpi zawsze po przydzieleniu ludziom ról więźniów i strażników.
Najważniejsze zarzuty wobec badania
| Zarzut | Dlaczego ma znaczenie? |
|---|---|
| Wpływanie na strażników | Uczestnicy otrzymywali wskazówki dotyczące utrzymywania kontroli i wywoływania u więźniów poczucia bezsilności. |
| Podwójna rola Zimbarda | Badacz występował równocześnie jako superintendent więzienia, przez co uczestniczył w tworzonej sytuacji. |
| Brak grupy kontrolnej | Nie można porównać wyniku z warunkami, w których obowiązywałyby inne zasady lub sposób zarządzania. |
| Mała liczba uczestników | Zachowania niewielkiej i specyficznej grupy nie pozwalają na szerokie wnioski o wszystkich ludziach. |
| Brak jednakowej reakcji strażników | Nie wszyscy przyjęli agresywną rolę, co podważa tezę o automatycznym działaniu sytuacji. |
| Oczekiwania badaczy | Uczestnicy mogli odgadywać cel doświadczenia i zachowywać się zgodnie z przewidywanym scenariuszem. |
| Selektywna narracja | Najbardziej dramatyczne wydarzenia zdominowały opowieść, a zachowania niepasujące do głównej tezy pozostawały mniej widoczne. |
| Poważne problemy etyczne | Uczestnicy doświadczali silnego stresu, a procedura nie została odpowiednio wcześnie zatrzymana. |
Le Texier, analizując archiwa eksperymentu, zwrócił uwagę między innymi na niepełne gromadzenie danych, instrukcje kierowane do strażników, niejasny status uczestników oraz brak pełnego zanurzenia niektórych osób w stworzonej sytuacji.
Nie oznacza to, że całe wydarzenie było wymyślone. Uczestnicy naprawdę przebywali w symulowanym więzieniu, część z nich naprawdę cierpiała, a niektóre zachowania były poniżające. Krytyka dotyczy przede wszystkim sposobu, w jaki doświadczenie zostało zorganizowane, opisane i później wykorzystane do budowania szerokich twierdzeń o naturze człowieka.
Czy stanfordzki eksperyment więzienny został powtórzony?
Wierne powtórzenie doświadczenia Zimbarda byłoby dziś bardzo trudne ze względów etycznych. Nie powinno się celowo tworzyć warunków, w których uczestnicy doświadczają podobnego poziomu stresu, upokorzenia i niepewności.
W 2001 roku przeprowadzono jednak badanie znane jako BBC Prison Study, którego wyniki nie potwierdziły prostego scenariusza ze Stanforda. Mężczyźni zostali losowo podzieleni na grupy więźniów i strażników, ale strażnicy nie stworzyli automatycznie silnej, opresyjnej grupy.
Nie identyfikowali się dostatecznie ze swoją rolą, mieli trudności z egzekwowaniem władzy i ostatecznie zostali zdominowani przez lepiej zorganizowanych więźniów. Uczestnicy później próbowali stworzyć system bardziej egalitarny, a dopiero jego niepowodzenie otworzyło drogę do akceptacji bardziej autorytarnego porządku.
To badanie również miało własne ograniczenia i nie było dokładną kopią SPE. Pokazało jednak, że samo przydzielenie roli nie przesądza o zachowaniu. Znaczenie ma to, czy ludzie identyfikują się z grupą, jak rozumieją wspólny cel oraz czy uznają działania przywódców za zgodne z wartościami grupy.
Dla mnie różnica między tymi badaniami jest bardzo ważna. Tyrania nie powstaje automatycznie z munduru. Wymaga również norm, przywództwa, uzasadnienia i ludzi, którzy uznają określony sposób działania za właściwy albo konieczny.
Czy sytuacja naprawdę zmienia dobrych ludzi w złych?
Nie odrzucam całkowicie wpływu sytuacji. Człowiek nie działa w próżni. Na jego decyzje wpływają przełożeni, przepisy, obecność innych ludzi, przewidywane konsekwencje, obowiązujące normy i poczucie anonimowości.
Nie zgadzam się jednak z wygodnym wnioskiem, że sytuacja całkowicie zwalnia jednostkę z odpowiedzialności. Jeśli uznamy, że człowiek staje się jedynie produktem okoliczności, łatwo usprawiedliwić niemal każde zachowanie.
O wiele trafniejsze wydaje mi się stwierdzenie, że sytuacja może ułatwiać pewne działania, utrudniać opór i stopniowo przesuwać granice tego, co człowiek uznaje za dopuszczalne. Nie podejmuje jednak wszystkich decyzji za niego.
W tych samych warunkach ludzie potrafią zachowywać się różnie. Jedni podporządkowują się autorytetowi, inni stają się gorliwymi wykonawcami, część pozostaje bierna, a niektórzy protestują. Właśnie te różnice są dla mnie znacznie ciekawsze niż proste zdanie: "Każdy może stać się potworem".
Mój wniosek: sytuacja nie tworzy zachowania sama. Może dawać przyzwolenie, usuwać hamulce, nagradzać okrucieństwo i utrudniać sprzeciw. Nadal jednak ważne pozostaje to, jak człowiek rozumie swoją rolę i co postanawia zrobić.
Etyka eksperymentu więziennego
Dzisiaj badanie przeprowadzone w takiej formie prawdopodobnie nie otrzymałoby zgody komisji etycznej. Uczestnicy badań powinni wiedzieć, że mogą w każdej chwili zrezygnować, a procedura nie może narażać ich na nieproporcjonalną krzywdę psychiczną.
Organizatorzy mają również obowiązek obserwować nie tylko interes naukowy, ale przede wszystkim dobro uczestników. Gdy pojawia się silny stres, dezorientacja lub poczucie uwięzienia, badanie powinno zostać zatrzymane.
Stanford Historical Society przyznaje, że podobne doświadczenie nie mogłoby zostać obecnie przeprowadzone w tej samej postaci.
SPE jest więc ważne także jako negatywny przykład. Pokazuje, co może się wydarzyć, gdy badacz zbyt mocno utożsami się ze swoją hipotezą, rolą i stworzonym przez siebie światem.
Nie wystarczy mieć interesujące pytanie. Trzeba jeszcze stworzyć metodę, która pozwala szukać odpowiedzi bez manipulowania uczestnikami i bez narażania ich na niepotrzebne cierpienie.
Czego mimo wszystko uczy mnie historia SPE?
Czy skoro eksperyment miał tak poważne wady, należy całkowicie o nim zapomnieć? Moim zdaniem nie. Trzeba natomiast zmienić pytanie, które mu zadajemy.
Nie traktuję już SPE jako dowodu na to, że każdy zwyczajny człowiek szybko stanie się sadystą. Widzę w nim historię o tym, jak można zbudować środowisko zachęcające do nadużywania władzy.
Strażnicy otrzymali przewagę, symbole władzy, instytucjonalne poparcie i grupę pozbawioną podobnych środków. Osoby zarządzające badaniem nie pozostawały neutralne, a normy pozwalające na upokarzanie więźniów nie zostały odpowiednio wcześnie zatrzymane.
To prowadzi mnie do wniosku, że zła instytucja nie musi zmieniać każdego człowieka w oprawcę, aby wyrządzać krzywdę. Wystarczy, że daje najbardziej skłonnym do przemocy osobom możliwość działania, pozostałych zachęca do bierności, a sprzeciw czyni trudnym lub kosztownym.
Eksperyment pokazuje również, jak łatwo badacz może stracić dystans do własnego projektu. Zimbardo chciał obserwować działanie więzienia, lecz zaczął nim kierować. Gdy twórca systemu sam zaczyna przyjmować jego założenia, kontrola staje się szczególnie trudna.
Wreszcie SPE uczy mnie ostrożności wobec efektownych historii naukowych. Badanie może być znane, wielokrotnie powtarzane i obecne w podręcznikach, a jednocześnie zawierać problemy, o których przeciętny odbiorca dowiaduje się dopiero po wielu latach.
Jak dzisiaj patrzę na eksperyment Zimbarda?
Nie nazywam stanfordzkiego eksperymentu więziennego zwykłym oszustwem, ponieważ takie określenie również upraszcza historię. W piwnicach Stanforda naprawdę utworzono symulowane więzienie, ludzie naprawdę uczestniczyli w trudnej sytuacji, a część z nich rzeczywiście doświadczała cierpienia.
Nie uznaję go jednak za wiarygodny dowód, że role społeczne automatycznie zmieniają zwykłych ludzi w oprawców i bezradne ofiary. Zbyt wiele elementów sytuacji było kierowanych przez badaczy, zbyt mała była grupa, a zachowania uczestników okazały się zbyt zróżnicowane.
Najbardziej interesujące nie jest dla mnie dzisiaj pytanie: "Czy każdy człowiek może stać się zły?". Odpowiedź byłaby zbyt ogólna, aby cokolwiek wyjaśnić.
Wolę pytać: jakie warunki ułatwiają krzywdzenie innych? Dlaczego niektórzy ludzie gorliwie przyjmują opresyjną rolę, podczas gdy inni zachowują dystans? Co sprawia, że obserwatorzy milczą? Jaką odpowiedzialność ponoszą osoby tworzące zasady i wydające polecenia?
Te pytania nie pozwalają zrzucić całej winy ani na charakter człowieka, ani na sytuację. Zmuszają do spojrzenia na relację między jednostką, grupą, przywódcą i instytucją.
Stanfordzki eksperyment więzienny nie mówi mi więc, że wszyscy jesteśmy ukrytymi strażnikami czekającymi na mundur. Pokazuje raczej, jak niebezpieczne mogą być systemy, które dają władzę bez odpowiedzialności, tworzą przyzwolenie na poniżanie i pozwalają osobom zarządzającym uwierzyć, że krzywda jest tylko elementem większego projektu.
Najważniejszą lekcją SPE nie jest dla mnie "sytuacja czyni człowieka złym". Jest nią coś mniej efektownego, ale bardziej wymagającego: okoliczności mają znaczenie, jednak ludzie współtworzą te okoliczności, podporządkowują się im, wzmacniają je albo próbują im się sprzeciwić.
Dzięki temu eksperyment Zimbarda nadal pozostaje ważny, choć niekoniecznie z powodów, dla których stał się sławny. Uczy nie tylko o władzy i rolach społecznych. Uczy również o błędach badaczy, wpływie dobrej opowieści na odbiorców oraz o potrzebie krytycznego sprawdzania nawet tych twierdzeń, które od dziesięcioleci uchodzą za oczywiste.
Źródła:
- Tomasz Witkowski, "Czego (dotychczas) nauczył mnie skandal wokół stanfordzkiego eksperymentu więziennego?".
- Thibault Le Texier, "Debunking the Stanford Prison Experiment", American Psychologist, 2019.

Komentarze