Czasami wystarczy mi kilka minut czytania komentarzy, żeby internet zaczął przypominać kurnik. Wszyscy krzyczą, każdy chce przekrzyczeć pozostałych, a najmniej słychać osoby, które rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Jedna złośliwość przyciąga następną, oburzenie rośnie, a człowiek, od którego wszystko się zaczęło, zostaje gdzieś pod stertą wyzwisk, żartów i cudzych ocen. Zastanawiam się wtedy, dlaczego w sieci tak łatwo zapominamy, że po drugiej stronie ekranu znajduje się prawdziwa osoba.
Dlaczego internet przypomina mi czasem kurnik?
Określenie "kurnik w internecie" może brzmieć żartobliwie, ale dla mnie dobrze opisuje sposób, w jaki rozwijają się niektóre dyskusje. Na początku ktoś publikuje opinię, zdjęcie, film albo zwykłe pytanie. Po chwili pojawia się pierwsza złośliwość. Następna osoba już nie odnosi się do pierwotnej wypowiedzi, tylko do komentarza. Ktoś dorzuca żart, ktoś inny obraźliwe porównanie, a po kilkudziesięciu minutach prawie nikt nie pamięta, czego właściwie dotyczyła rozmowa.
Liczy się już tylko hałas. Im mocniejsze słowa, tym więcej reakcji. Im bardziej upokarzający komentarz, tym większa szansa, że zostanie zauważony. Spokojna wypowiedź ginie między kpinami, gifami i kolejnymi próbami zdobycia kilku polubień.
Najbardziej zastanawia mnie to, jak szybko zmieniają się role. Ktoś, kto na co dzień uważa się za osobę spokojną i kulturalną, potrafi dołączyć do zbiorowego wyśmiewania obcego człowieka. Nie musi rozpoczynać ataku. Wystarczy, że doda własną uszczypliwość, udostępni ośmieszający materiał albo zostawi rozbawioną reakcję pod wyjątkowo okrutnym komentarzem.
Każdy z takich gestów wydaje się niewielki. Razem tworzą jednak tłum, który potrafi całkowicie zagłuszyć pojedynczą osobę. Internetowy kurnik nie powstaje wyłącznie dzięki najbardziej agresywnym hejterom. Budują go także ci, którzy przyglądają się widowisku, podkręcają je i przekonują samych siebie, że to przecież tylko zabawa.
Nie każdy niemiły komentarz jest hejtem
Mam wrażenie, że słowo "hejt" zaczęło być używane zbyt szeroko. Czasami wystarczy, że ktoś nie zgodzi się z autorem publikacji, żeby natychmiast zostać nazwany hejterem. To wygodne, ponieważ pozwala odrzucić każdą niewygodną opinię bez zastanawiania się, czy przypadkiem nie zawiera ona odrobiny prawdy.
Nie każda krytyka jest hejtem. Nie każda ostra wypowiedź ma na celu zniszczenie drugiego człowieka. Ktoś może napisać, że tekst jest słaby, zdjęcie źle wykonane, decyzja nierozsądna, a usługa nie spełniła oczekiwań. Może zrobić to bez delikatności, a mimo to nadal mówić o konkretnym działaniu lub efekcie.
Dla mnie granica pojawia się wtedy, gdy znika przedmiot rozmowy, a celem staje się człowiek. Zamiast: "Nie zgadzam się z twoim argumentem", pojawia się: "Jesteś idiotą". Zamiast oceny wykonanej pracy otrzymujemy szyderstwo z wyglądu, wieku, pochodzenia, sytuacji rodzinnej albo cech, które w ogóle nie mają związku z tematem.
Hejt nie próbuje przekonać. Nie szuka odpowiedzi i nie interesuje się wyjaśnieniem. Ma zranić, zawstydzić albo wywołać reakcję. Nawet jeśli przybiera postać żartu, żart zwykle ma jednego wyraźnego przegranego.
Moje proste rozróżnienie: krytyka mówi o tym, co zrobiłam. Hejt próbuje przekonać mnie, że ze mną samą jest coś nie tak i że zasługuję na pogardę.
Ekran ułatwia przekraczanie granic
Często zastanawiam się, ile osób powtórzyłoby swoje komentarze podczas spotkania twarzą w twarz. Czy człowiek, który pisze obcej kobiecie, że wygląda odrażająco, powiedziałby jej to samo, stojąc przed nią w kolejce? Czy osoba wyśmiewająca czyjeś dziecko zdobyłaby się na podobne słowa w obecności jego rodziców?
Przypuszczam, że w wielu przypadkach nie. Ekran daje bezpieczny dystans. Nie widzimy drżenia głosu, zaczerwienionej twarzy ani chwili, w której druga osoba przestaje się uśmiechać. Publikujemy zdanie i przesuwamy ekran dalej. Skutek naszych słów pozostaje gdzieś poza kadrem.
Nie zawsze chodzi przy tym o pełną anonimowość. Wiele obraźliwych wypowiedzi jest publikowanych z kont zawierających imię, nazwisko i zdjęcie autora. Sam brak bezpośredniego kontaktu wystarcza, żeby osłabić hamulce. Człowiek przed ekranem staje się profilem, awatarem albo nazwą użytkownika. Łatwiej zaatakować symbol niż realną osobę.
Internet daje również złudzenie, że wypowiedź znika w tłumie. Skoro pod materiałem znajduje się tysiąc komentarzy, mój jeden wpis wydaje się nieistotny. Jeżeli setki osób wyśmiewają bohatera nagrania, łatwo uznać, że kolejna złośliwość niczego już nie zmieni.
Tymczasem osoba atakowana nie zawsze widzi bezimienną masę. Może czytać każde zdanie osobno. Jeden komentarz rzeczywiście bywa łatwy do zignorowania. Setki podobnych zdań potrafią stworzyć wrażenie, że cały świat mówi jednym, pogardliwym głosem.
Hejter rzadko rozmawia z człowiekiem
Hejter często nie atakuje prawdziwej osoby, tylko własne wyobrażenie na jej temat. Widzi jedno zdjęcie, krótki fragment nagrania albo zdanie wyrwane z dłuższej wypowiedzi i na tej podstawie buduje całą historię.
Wie już, że ktoś jest głupi, leniwy, fałszywy, pazerny albo pozbawiony talentu. Nie potrzebuje dodatkowych informacji, ponieważ nie szuka prawdy. Potrzebuje postaci, na którą może skierować złość.
W sieci bardzo łatwo sprowadzić człowieka do jednej cechy. Polityk staje się wyłącznie reprezentantem partii, influencerka wyglądem, przedsiębiorca pieniędzmi, a osoba popełniająca błąd samym błędem. Wszystko, co mogłoby skomplikować obraz, przestaje być potrzebne.
Kiedy odbieramy człowiekowi jego złożoność, łatwiej przestać odczuwać wobec niego empatię. Nie atakujemy już matki, ojca, córki, sąsiada czy człowieka, który może mieć za sobą trudny dzień. Atakujemy "typ", "przypadek", "beznadziejną babę", "żałosnego faceta" albo jeszcze jednego przedstawiciela grupy, której nie lubimy.
Właśnie dlatego hejt tak często korzysta z etykiet. Etykieta zamyka rozmowę. Nie trzeba już słuchać, analizować ani próbować zrozumieć. Wystarczy przypisać człowieka do odpowiedniej szuflady i można bez wyrzutów sumienia potraktować go znacznie gorzej, niż potraktowalibyśmy kogoś znajomego.
Hejt potrzebuje publiczności
Nie każdy hejter chce przekonać osobę, do której pisze. Często prawdziwymi adresatami komentarza są pozostali użytkownicy. Obraźliwa wypowiedź staje się występem. Autor liczy na reakcje, śmiech, pochwały i kolejne komentarze potwierdzające, że powiedział coś wyjątkowo trafnego.
Im większa publiczność, tym łatwiej eskalować. Zwykłe stwierdzenie nie przyciągnie uwagi, więc trzeba użyć mocniejszego słowa. Kiedy ono przestaje wystarczać, pojawiają się porównania, memy, przeróbki zdjęć i próby odnalezienia kompromitujących informacji.
Hejt przypomina wtedy konkurs na najbardziej błyskotliwe upokorzenie. Nie chodzi już nawet o nienawiść do konkretnej osoby. Chodzi o własną chwilę popularności w komentarzach. Czyjeś życie, wygląd albo błąd stają się materiałem do zbudowania własnej widoczności.
Zauważyłam też, że niektórzy komentujący stają się odważniejsi, gdy otrzymają pierwsze poparcie. Polubienia działają jak sygnał: "Masz rację, możesz pozwolić sobie na więcej". Kolejne zdania bywają wtedy jeszcze ostrzejsze, ponieważ autor nie czuje się już samotnym agresorem. Staje się głosem grupy.
Publiczność nie jest więc neutralna. Reakcja pod obraźliwym komentarzem, udostępnienie ośmieszającego materiału i dopisanie krótkiego "dokładnie" mogą wzmacniać atak równie skutecznie jak kolejna obelga.
Dlaczego dołączamy do internetowego tłumu?
Najłatwiej byłoby powiedzieć, że hejtują wyłącznie źli, sfrustrowani i nieszczęśliwi ludzie. Nie wierzę jednak, że wyjaśnienie jest aż tak proste. Do internetowego tłumu mogą dołączać również osoby, które na co dzień nie postrzegają siebie jako agresywnych.
Czasami powodem jest rozrywka. Ktoś uważa, że komentarz jest zabawny i nie zastanawia się nad jego kosztem. Innym razem działa potrzeba przynależności. Skoro wszyscy w danej grupie wyśmiewają określoną osobę, sprzeciw wymaga więcej odwagi niż przyłączenie się do większości.
Bywa też, że hejt daje chwilowe poczucie wyższości. Łatwiej poczuć się rozsądnym, atrakcyjnym albo moralnie lepszym, kiedy wskaże się kogoś uznanego za głupszego, brzydszego lub gorszego.
Nie bez znaczenia jest również oburzenie. Gdy uznajemy, że ktoś zrobił coś naprawdę złego, możemy poczuć, że zwykłe zasady przyzwoitości już go nie chronią. Wydaje nam się, że skoro człowiek zasłużył na krytykę, zasłużył również na publiczne poniżenie.
W ten sposób łatwo przejść od oceny zachowania do odczłowieczenia jego autora. Przestajemy pytać, co się wydarzyło, a zaczynamy zastanawiać się, jak dotkliwie można ukarać obcą osobę słowami.
Nie twierdzę, że każdego trzeba usprawiedliwiać. Są zachowania, które zasługują na stanowczą krytykę, potępienie i konsekwencje. Nie widzę jednak powodu, dla którego sprzeciw wobec czyjegoś czynu miałby automatycznie usprawiedliwiać groźby, wyśmiewanie wyglądu albo atakowanie rodziny tej osoby.
Krytyka może boleć i nadal być potrzebna
Nie chciałabym, aby walka z hejtem prowadziła do świata, w którym nie wolno niczego oceniać. Możliwość krytykowania cudzych decyzji, tekstów, usług, działań publicznych i wypowiedzi jest potrzebna. Bez niej rozmowa zamieniłaby się w wymianę uprzejmych pochwał, które niczego nie zmieniają.
Krytyka nie zawsze musi być delikatna. Czasami ktoś jest zdenerwowany, rozczarowany albo zwyczajnie pisze bez większej dyplomacji. To jeszcze nie oznacza, że jest hejterem.
Sama staram się patrzeć na trzy rzeczy. Po pierwsze, czy komentarz odnosi się do konkretnego działania. Po drugie, czy zawiera jakikolwiek argument. Po trzecie, czy jego autor pozostawia mi możliwość odpowiedzi.
Zdanie: "Nie zgadzam się z tobą, ponieważ pominęłaś najważniejszy argument" może być nieprzyjemne, ale otwiera rozmowę. Zdanie: "Jesteś żałosna, zniknij z internetu" nie zaprasza do dyskusji. Ma mnie uciszyć.
Warto też pamiętać, że nazwanie każdej krytyki hejtem może być sposobem unikania odpowiedzialności. Osoba publiczna, firma lub autor tekstu nie mogą oczekiwać wyłącznie pochwał. Jeśli ktoś publikuje treści dla innych, musi liczyć się z tym, że nie wszyscy je zaakceptują.
Granice są jednak potrzebne. Krytykowanie nie daje prawa do poniżania, a wolność wypowiedzi nie oznacza, że każda forma wypowiedzi jest równie wartościowa i powinna pozostać bez reakcji.
Co robię, gdy widzę hejt?
Kiedyś wydawało mi się, że na obraźliwe komentarze najlepiej odpowiadać jeszcze mocniejszą ripostą. Z czasem zauważyłam, że takie pojedynki bardzo rzadko prowadzą do czegokolwiek dobrego. Rozmowa szybko staje się kolejnym widowiskiem, a pierwotny problem znika pod warstwą wzajemnych wyzwisk.
Dzisiaj najpierw zastanawiam się, czy odpowiedź ma jakikolwiek sens. Jeśli ktoś zadaje pytanie, nawet w nieprzyjemny sposób, można spróbować wyjaśnić nieporozumienie. Jeśli jednak widzę wyłącznie prowokację, nie czuję obowiązku uczestniczenia w niej.
Gdy komentarz znajduje się w przestrzeni, którą sama zarządzam, nie traktuję usuwania obelg jak cenzury. Krytyka może pozostać. Wyzwiska, groźby i uporczywe zaczepki nie muszą otrzymywać miejsca tylko dlatego, że ktoś nazwał je własnym zdaniem.
Jeżeli widzę, że atakowany jest ktoś inny, staram się nie wzmacniać hejtu nawet bierną reakcją. Nie udostępniam ośmieszających materiałów dla samej ciekawości i nie dokładam komentarza tylko dlatego, że wszyscy już to robią.
Czasami wystarczy też zwykłe wsparcie. Krótkie zdanie napisane do osoby zaatakowanej może przypomnieć jej, że internetowy tłum nie reprezentuje całego świata. Głośne komentarze są najbardziej widoczne, ale nie zawsze są głosem większości.
W poważniejszych sytuacjach - gdy pojawiają się groźby, regularne nękanie, podszywanie się albo ujawnianie prywatnych informacji - nie liczyłabym wyłącznie na to, że problem sam zniknie. Takie treści warto zachować, udokumentować i zgłosić. Usunięcie komentarza może dać chwilową ulgę, ale bez zachowania dowodu trudniej później pokazać skalę i przebieg ataku.
Blokowanie nie jest oznaką słabości
Przez długi czas blokowanie użytkowników kojarzyło mi się z przegraną. Wydawało mi się, że osoba silna powinna umieć odpowiedzieć, obronić swoje stanowisko i nie przejmować się cudzymi słowami.
Dzisiaj patrzę na to inaczej. Nie mam obowiązku udostępniać każdemu dostępu do siebie. Nie muszę czytać kolejnych wiadomości tylko po to, żeby udowodnić, że jestem odporna. Jeśli ktoś przychodzi wyłącznie po to, żeby obrażać, mogę zakończyć kontakt.
Blokada nie rozwiązuje całego problemu hejtu, ale może chronić konkretną osobę przed dalszym kontaktem. Podobnie działają ograniczenia komentarzy, filtry słów i moderacja. Nie są kapitulacją. Są cyfrowym odpowiednikiem zamknięcia drzwi przed kimś, kto nie przyszedł porozmawiać, tylko wszcząć awanturę.
Nie podoba mi się argument, że osoba publikująca w internecie musi przyjmować wszystko, co zostanie napisane. Publiczna obecność oznacza zgodę na ocenę treści, ale nie oznacza zgody na przemoc słowną, groźby czy uporczywe nękanie.
Nawet osoby znane, popularne i zarabiające dzięki obecności w mediach pozostają ludźmi. Duży zasięg może sprawić, że częściej spotykają się z krytyką, lecz nie odbiera im prawa do stawiania granic.
Zmieniłam zdanie: nie muszę wygrywać każdej internetowej kłótni. Czasami najlepszą decyzją jest niedopuszczenie do tego, aby obca osoba zajmowała kolejne godziny mojego dnia.
Nie chcę dokładać własnego krzyku
Nie wierzę, że uda się całkowicie usunąć hejt z internetu. Sieć daje ludziom ogromną swobodę, a razem z nią możliwość wypowiadania słów, których nie mieliby odwagi powiedzieć bezpośrednio. Nie mam wpływu na wszystkich komentujących, platformy ani mechanizmy promujące konflikty.
Mam jednak wpływ na własne zachowanie. Mogę zdecydować, czy kliknę w ośmieszający materiał. Czy udostępnię go dalej. Czy dodam komentarz, którego jedynym celem jest zdobycie aprobaty tłumu. Czy potraktuję fragment czyjegoś życia jak zaproszenie do wydania wyroku na całą osobę.
Nie zawsze mi się to udaje. Sama potrafię oceniać zbyt szybko, irytować się i pisać ostrzej, niż planowałam. Różnica polega na tym, że próbuję zatrzymać się przed publikacją i zadać sobie pytanie: czy powiedziałabym to samo, gdyby ten człowiek siedział naprzeciwko mnie?
Drugie pytanie brzmi: czy mój komentarz wnosi cokolwiek poza kolejną porcją pogardy? Nie każda myśl, która pojawia się w głowie, musi natychmiast trafić do internetu. Czasami najlepszym wkładem w rozmowę jest rezygnacja z wypowiedzi, która jedynie zwiększyłaby hałas.
Internetowy kurnik powstaje wtedy, gdy wszyscy chcą krzyczeć, a prawie nikt nie chce słuchać. Każdy walczy o uwagę, pierwszeństwo i ostatnie słowo. Człowiek staje się pretekstem do widowiska, a jego uczucia uznaje się za mało istotny szczegół.
Nie chcę jednak udawać, że rozwiązaniem jest wyłącznie większa uprzejmość. Są sytuacje, w których trzeba mówić stanowczo, sprzeciwiać się krzywdzie i nazywać złe zachowania po imieniu. Można to robić bez odbierania drugiej osobie człowieczeństwa.
Dla mnie najważniejsza różnica przebiega nie między słowami łagodnymi i ostrymi, lecz między rozmową a poniżaniem. Rozmowa może być trudna, niewygodna, a nawet bolesna. Nadal jednak zakłada, że po drugiej stronie znajduje się ktoś, kto może odpowiedzieć, wyjaśnić, zmienić zdanie albo pozostać przy swoim.
Hejt nie chce odpowiedzi. Chce ciszy ofiary i aplauzu publiczności.
Dlatego coraz częściej, zanim dołączę do internetowej dyskusji, sprawdzam nie tylko, co chcę powiedzieć, ale także do czego dokładam swój głos. Czy pomagam coś zrozumieć? Czy bronię ważnej wartości? Czy przedstawiam argument? A może po prostu dorzucam własny krzyk do kurnika, który i bez niego jest już wystarczająco głośny?

Komentarze